kierwinski9.png

"Mam wrażenie, że polityka PiS-u to nie jest tylko polityka na kolanach, ale polityka przede wszystkim bez głowy. Szkoda, że tak długo PiS zwlekał z nowelizacją ustawy o IPN i tak gigantyczne koszty Polska musiała zapłacić" - mówił w "Sygnałach Dnia" poseł Marcin Kierwiński.

Piotr Gociek: Marcin Kierwiński, poseł Platformy Obywatelskiej. Witam, panie pośle.

Marcin Kierwiński: Dzień dobry.

Któremu wczoraj się udało razem z innymi posłami Platformy zrobić coś niebywałego, mianowicie zagłosować razem z Prawem i Sprawiedliwością za kolejnymi zmianami w ustawie o Instytucie Pamięci Narodowej.

Myśmy zagłosowali za zmianami, które proponowaliśmy już kilka miesięcy temu. Warto było te zmiany przegłosować, ale szkoda, że tak późno i tak długo PiS na to czekał. Gdyby zrobili to wcześniej, wtedy, gdy proponowała Platforma... Ja przypomnę, myśmy złożyli stosowne rozwiązania zaraz po tym wybuchu kryzysu dyplomatycznego. Gdyby nie czekano wtedy na to, no to o pięć miesięcy... pięć miesięcy nie byłby rujnowany polski wizerunek.

To dlaczego PiS czekał tak długo w takim razie?

Nie mam bladego pojęcia. Trochę mam wrażenie, że polityka PiS-u to nie jest tylko polityka na kolanach, ale polityka przede wszystkim bez głowy, no bo jak prześledzimy te wszystkie wypowiedzi polityków PiS-u dotyczące ustawy o IPN-nie, kilka sobie wynotowałem, ze stycznia pani premier Szydło: „Nie widzę powodu, aby zmieniać ustawę o IPN-ie”, pan prezydent Duda: „Nie będzie zmian w ustawie o IPN-ie”, rzeczniczka rządu: „Nie będzie zmian w ustawie o IPN-ie”, pan minister Jaki: „Nie żałuję, że przygotowałem projekt zmian w ustawie o IPN-ie”. No. to wskazywało, że oni byli z siebie bardzo, bardzo zadowoleni, że tę ustawę przygotowali.

No ale też w polityce, powiedzmy sobie szczerze, bywa bardzo często tak, że punkt widzenia się zmienia, potrzeby się zmieniają, cele się zmieniają, no to wtedy się i zmieniają sytuacje w parlamencie.

Szkoda tylko, że tak gigantyczne koszty Polska musiała zapłacić, bo ten kryzys dyplomatyczny w relacjach z Izraelem, ale głównie ze Stanami Zjednoczonymi jest czymś, co bardzo dla Polski jest niekorzystne, czy też było niekorzystne.

Ale premier Mateusz Morawiecki czy chociażby gość Sygnałów Dnia dzisiaj godzinę temu Jarosław Sellin, wiceminister kultury, wskazują: patrzmy na koszty, które bez wątpienia były, patrzmy też na zyski. Oto wychodzi premier Izraela i wraz z premierem Polski, wprost mówi, że potępiają nie tylko antysemityzm, ale także antypolonizm, i że każdy, kto próbuje używać sformułowania „polskie obozy śmierci” umniejsza rolę III Rzeszy w tragedii drugiej wojny światowej.

Ja w ogóle jak słucham tej retoryki sukcesu pana premiera Morawieckiego, to przecieram oczy ze zdumienia, że jednak wydawałoby się inteligentny człowiek jest w stanie wypowiadać takie brednie. Można powiedzieć na przykład, że mecz Polska–Kolumbia to był też gigantyczny sukces, bo wprawdzie przegraliśmy, ale już teraz wiemy, jakiego składu nie wystawiać, tylko fakt jest faktem, że następne mistrzostwa świata dopiero za cztery lata i my odpadamy, nie jedziemy... nie przechodzimy dalej w tym turnieju.

Na szczęście w polityce cztery lata nie trzeba czekać na kolejną okazję.

Ale straty wizerunkowe, które działy się przez te pięć miesięcy, będziemy odrabiali również przez lata. Jeżeli ja dzisiaj słyszę, że warto było ponieść te straty po to, aby podpisać wspólną deklarację z premierem Izraela, no to to jest nieprawda, bo tę deklarację zapewne można byłoby podpisać bez ponoszenia tych strat, gdyby tylko chciano rozmawiać.

Ale jest jeszcze jeden ciekawy argument związany z całą sytuacją, mianowicie to, że spadła pewna zasłona, że nastąpiło pewne otrzeźwienie, że wreszcie zobaczyliśmy, bo zaczęło się o tym rozmawiać i pokazywać, jak polska historia, przede wszystkim jak polska historia, jak relacje polsko-żydowskie, polsko-żydowsko-niemieckie fałszywie przedstawiane są przez ludzi, którym – możemy domniemywać – patronuje zwykła niewiedza, a innym po prostu jakieś własne cele polityczne.

Ja nie mam takiego wrażenia, że coś nowego zobaczyliśmy. Wiedzieliśmy, że jest bardzo dużo ośrodków na terenie całego świata, które nieprawdziwie oceniają historię Polski i nieprawdziwie oceniają to, jak heroiczny był naród polski podczas drugiej wojny światowej w tym sensie, że przypisują Polsce i Polakom w tamtym okresie złe rzeczy. Ale nie trzeba było... Dlatego nie trzeba było tej ustawy na tej zasadzie przepychać w ekspresowym tempie. Zresztą mówiąc zupełnie szczerze, ja... główny zarzut mój do PiS-u nie polega na tym, że oni przegłosowali tę ustawę, tak? Główny zarzut polega na tym, że po pierwszych sygnałach, że rodzi się gigantyczny kryzys dyplomatyczny, że reagują na to Stany Zjednoczone, reaguje Izrael, że w sieci nieprawdziwe sformułowanie o „polskich obozach śmierci”  pojawia się miliony razy, rząd PiS-u powiedział: nie, mamy to kompletnie w nosie, będziemy twardzi, nic nie będziemy zmieniać. I po pięciu miesiącach okazuje się, że jednak tę ustawę zmieniają. To znaczy mieli świadomość tego, że na potrzeby wewnętrzne chcą pokazać, że są twardzi, że są nieugięci, ale mieli świadomość tego, że demolują polską reputację. Więc to jest polityka po prostu nieodpowiedzialna.

Kwestia nowelizacji ustawy o IPN-ie została podjęta na nadzwyczajnym posiedzeniu Sejmu, podczas którego – też się wydawało do pewnego momentu – miały być też rozpatrywane poprawki do ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego. Zdaje się, że zostało to przesunięte na posiedzenie lipcowe, pierwsze posiedzenie lipcowe. Wiele z postulatów, z którymi wychodzi PiS, wydaje się rozsądnych, na przykład skończenie z wędrującymi mandatami. To rzeczywiście była sytuacja absurdalna, kiedy od stosunku głosów oddanych na największe partie, nie wiem, w okręgu na przykład śląskim, zależało od tego, czy w Bydgoszczy trzecia biorąca w wyścigu partia dostanie mandat, czy nie dostanie.

Trochę pan, panie redaktorze, proszę wybaczyć, uprościł to, bo to zależało przede wszystkim od frekwencji wyborczej i taka jest intencja aktualnie obowiązującej ordynacji wyborczej. Natomiast ja...

Ale co złego jest w tym, żeby ustalić po prostu konkretną liczbę mandatów dla konkretnych okręgów i niech się te wybory po prostu odbywają?

To jest kolejna ordynacja wyborcza, w której majstruje PiS. I nie robią tego w imię szczytnych zasad uproszczenia czegoś, tylko robią to po to, aby ułatwić sobie wygranie wyborów. (...)

Cała rozmowa: polskieradio.pl


bg Image